Drobnym druczkiem

Uroczyście oświadczam, że jest to jedyny „drobny druczek”, jaki znajdziesz na mojej stronie.  Ale mus to mus. Pewne rzeczy musimy sobie wyjaśnić. Stąd poniższy disclaimer, czyli wyjaśnienia, które pozwolą nam uniknąć nieporozumień, a mnie zabezpieczą przed ewentualną odpowiedzialnością prawną wink

A więc skup się i przeczytaj tekst poniżej. Dowiesz się dziś, dlaczego nie można ufać prawnikom  warto zachować ostrożność, chcąc zastosować na sobie ciekawości prawne wyczytane z internetu. Nawet jeśli ciekawostka pochodzi od osoby tak rzetelnej, konkretnej i godnej zaufania, jak autorka niniejszego wpisu.

Różnica między ciekawostką z internetu a indywidualną poradą prawną

Wyobraź sobie, że opowiadam jakąś ciekawostkę o prawie autorskim. Brzmi jak coś, co z reguły robię, więc nie powinno być to trudne. Dla mnie będzie to spójna, konkretna ciekawostka, z początkiem i końcem. Typu „czy wiesz, że bez obaw możesz ściągnąć z internetu film lub muzykę”?

I koniec. Powiedziałam dokładnie to, co chciałam powiedzieć.

To jest prawda. Z reguły. W określonych sytuacjach. W odpowiednim miejscu i czasie.

Po prostu nie piszę o takich oczywistościach, jak to, że podana reguła działa na terenie Polski, że mówię o sytuacjach mających miejsce w czasie obowiązywania naszej ustawy o prawie autorskim (a nie np. w XV wieku czy przed wojną).

 

I nie wspominam o tym, że i od niej, jak od każdej zasady prawnej, mamy mnóstwo wyjątków. I wyjątków od tych wyjątków – jak to w prawie bywa.

Mogę sobie pozwolić na pewien niedostatek precyzji, bo to wpis blogowy. Gdybym udzielała w tej kwestii indywidualnej porady prawnej, wypytałabym Cię o wiele różnych szczegółów, upewniła się, gdzie działasz, co konkretnie chcesz osiągnąć, w jakich warunkach itd.

(Jeśli po przeczytaniu powyższego zaczęły targać Tobą wątpliwości co do legalności podejmowanych przez Ciebie działań, to czytaj dalej, za chwilę wszystko w temacie ściągania filmów/muzyki doprecyzuję. Jak zwykle, na przykładach).

Podstawowy problem:

oczywiste założenia i warunki, o których się nie wspomina

To trochę jak w matematyce – możesz uczniom podstawówki tłumaczyć, że żadna liczba podniesiona do kwadratu nie może dać wyniku ujemnego. Czy aby na pewno? Osoby na wyższym poziomie matematycznego zaawansowania już wiedzą, że to nie do końca prawda. Jak uświadomiła mi zaprzyjaźniona matematyczka, w zbiorze liczb rzeczywistych rozwiązania owszem, nie ma.

Ale już uwzględniając liczby zespolone, równanie (x^2=-1) nie tylko będzie się dało rozwiązać, ale da nawet dwa wyniki!

Całkiem jak z dzieleniem przez zero – całe życie powtarzają Ci, że nie wolno! A potem idziesz na polibudę i dowiadujesz się, że w sumie spoko, świat się od tego nie kończy, uniwersum nie wybucha, i w ogóle skutki są dużo mniej spektakularne niż wyszukanie słowa „google” w Google’u.

Ale miało być prosto i na luzie, a ja tu wyjeżdżam z zaawansowaną arytmetyką… No to inny przykład, zdecydowanie bliższy humanistom. Sztuka kulinarna. Przygotowywanie posiłków. Każdy z nas chyba kiedyś to robił, a przynajmniej spróbował, prawda?

Więc z internetowymi poradami jest trochę tak, jak z prostym przepisem kulinarnym.

 

 

„Weź 2 jajka i szklankę mąki”. Wszystko jasne?

Komunikat prosty i niby wszystko fajnie, każdy rozumie. Ale przecież tak naprawdę tu nie ma wielu podstawowych informacji! Jajka, ok, ale kurze, czy strusie? To dość istotnie założenie, które może całkowicie zmienić konsystencję gotowego wypieku! A mimo to, jeśli masz jakiekolwiek doświadczenia w wykonywaniu internetowych przepisów, wiesz, że w polskich warunkach „jajko” oznacza jajko ptaka o nazwie gatunkowej kura domowa.

Dalej. Jeśli gdzieś pisze się o „mące”, to z reguły chodzi o zwykłą, pszenną, a nie żadne udziwnione kokosowe, gryczane czy fasolowe. Nawet nie o pszenną pełnoziarnistą, tylko zwyczajną, tortową, no max typ 650. No chyba że to blog osoby chorej na celiakię, która z zasady nie używa tego zboża – i nie pisze o tym w każdym przepisie, bo jej stali czytelnicy doskonale o tym wiedzą.

Widzisz, do czego zmierzam?

Czasem dopiero czytając komentarze innych gotujących, widzę, ile w przepisie było niejasności, o których ja, doświadczona gospodyni domowa, w życiu bym nie pomyślała! A to czy masło dodać całe, czy miękkie, czy z lodówki, czy całkiem rozpuścić, a czy wcześniej nasmarować foremkę, wyrabiać mikserem czy wystarczy widelcem, a grzałka górna czy termoobieg…?

Przepis ustawowy

 a przepis kulinarny czyli więcej podobieństw, niż myślisz

To w sumie zabawne, że ludzie wykonujący anonimowy przepis kuchenny z Internetu dopytują o wszystko, jakby od tego zależało ich życie, bo boją się zmarnować dwa jajka i szklankę mąki. A w przypadku wpisu na temat materii tak skomplikowanych jak prawo, po prostu uznają, że coś tam przeczytali, z grubsza rozumieją użyte słowa, więc wiedzą już wszystko. I jeśli prawnik napisał, że można ściągać, to pewnie wszystko można, i film, i grę komputerową, i każdy inny program komputerowy, a jak ściągnąć, to pewnie i nagrać, i sprzedać komuś innemu, no bo czemu by nie, skoro już jest ściągnięty to po co ktoś inny ma tracić transfer…

A w prawie jak w kulinariach – jeśli nie jesteś absolwentem porządnej szkoły gastronomicznej, to pytaj o wszystko, tak jak początkujący kuchenny amator-hobbysta. Czy z inną mąką zadziała, czym zastąpić jajka, co jeśli nie tolerujesz laktozy, czy można dodać rodzynek, czy można mniej cukru, czy z ksylitolem zamiast cukru wyjdzie, czy można próbować na patelni pod przykrywką, bo piekarnik Ci szwankuje…
Właśnie tak musisz, drogi czytelniku i droga czytelniczko, podchodzić do prawniczych porad w Internecie.

Weźmy ten nasz dozwolony użytek prywatny – czyli to, co wszystkich nas najbardziej w prawie autorskim interesuje. To te przepisy, dzięki którym możemy korzystać z szeroko pojętej kultury bez płacenia komukolwiek.
Prawdą jest zdanie, że „bez obaw możecie ściągać z internetu filmy i muzykę, a nawet przekazać je bliskiej rodzinie”. Z reguły… Typowy prawnik napisałby „co do zasady…”.

 

Ale jak to?! – zakrzykniecie, a przynajmniej powinniście, bo taki dopisek źle wróży. Od razu kojarzy się z jakimiś niejasnymi zastrzeżeniami, drobnym druczkiem (a fe!), śliską zagrywką, mętnym kruczkiem prawnym… A przecież Karina taka nie jest! Obiecywała, że taka nie będzie!

Cóż. Karina po prostu zaprezentowała Wam ciekawostkę, a nie semestralny doktorancki kurs prawa dla prawników. Dzięki temu wpis wyszedł krótszy, czyli jak na moje możliwości tylko przydługawy, a nie kilkutomowy, ze spisem treści wymagającym własnego spisu treści. Na temat dozwolonego użytku naprawdę tworzy się całe książki albo opasłe rozdziały w poważnych prawniczych opracowaniach…

Ja wiem, jako prawnik, jakich konkretnie sytuacji moja ciekawostka dotyczy i jakie inne przepisy mogą wpływać na ogólną ocenę sytuacji. Jeśli przyjdziesz do mnie lub któregoś z moich kolegów po fachu, osobiście, opowiadając mi o sobie coś więcej, będę w stanie bez problemu dostosować swoją poradę specjalnie do Ciebie. Ale gdybym chciała wszystkie potencjalne możliwości opisać tutaj, to blogowy wpis bezpowrotnie straciłby swoją zwięzłą, przyjazną i budzącą zaciekawienie formę (a taką, mam nadzieję, póki co staram się utrzymywać).

Zresztą, zobacz poniżej, jak mogłaby wyglądać dalsza dyskusja na temat ściągania filmów i muzyki.

Ściąganie z internetu

– analiza przypadków

Problemy prawne najlepiej tłumaczy mi się na przykładach. Weźmy więc na warsztat wspomnianą na początku ciekawostkę o ściąganiu filmów. W końcu nie chcę Cię trzymać w niepewności.

To o czym dziś piszę, najlepiej widać, kiedy ktoś naprawdę zaciekawiony tematem zaczyna dopytywać, próbując moją historyjkę przetrawić i przełożyć na swoje życie. Zobacz, ciekawostka podstawowa brzmi: „możesz legalnie ściągnąć z internetu filmy”.

„Okej… czyli mogę obejrzeć sobie darmowy film z internetu, a nawet go zdownloadować… Super! W internecie dało się ostatnio znaleźć przedpremierowe Gwiezdne Wojny! Ściągnę, zaoszczędzę na biletach, a przy okazji zabłysnę w social mediach, znając jako pierwszy fabułę!

STOP! Takiego filmu nie możesz. Nie żeby George’a Lucaca czy Disneya prawa autorskie nie dotyczyły. Po prostu na przedpremierówki dozwolony użytek się nie rozciąga. Działa tylko przy dziełach już rozpowszechnionych (art. 23 ust. 1 ustawy o prawie autorskim).
Świętym prawem autora jest decydowanie o pierwszym udostępnieniu jego dzieła. Mogłam o tym nie wspomnieć, bo po prostu nie mam w zwyczaju oglądać podłej jakości „kinówek” i nie pomyślałam, że inni mogą mieć inaczej.
Przy okazji – na tej samej zasadzie nie możesz pokazać rodzinie, nawet tej najbliższej, filmu będącego pracą dyplomową koleżanki – jeśli oczywiście koleżanka nie wyraziła wcześniej zgody na taki pokaz swoich reżyserskich umiejętności.
Jak widzisz, sytuacji wyjątkowych jest mnóstwo, czasem zdołam je wymyślić i opisać, czasem nie przyjdzie mi to do głowy (bo ile osób ma np. znajomych po łódzkiej filmówce? Ja nie mam, a szkoda).

„Skoro mogę ściągnąć coś z Internetu i obejrzeć razem z bliskimi (bo dozwolony użytek przecież na to pozwala), to ściągnę film, załaduję na swój wirtualny dysk i podrzucę im linka do tego zasobu”.

I niby racja. Ale pod pewnymi warunkami. Faktycznie, bliscy, którym chcesz pokazać film czy książkę, nie muszą przebywać w tym samym pomieszczeniu co Ty. Nie ma więc przeszkód, żeby przesłać im coś po sieci. Ale zawsze musisz uważać, w jaki sposób raz ściągnięty utwór z powrotem uploadujesz. Jeśli na przykładowym Chomiku nie masz hasła do konta albo masz hasło bardzo proste (np. takie samo jak nazwa użytkownika albo wręcz podane otwartym tekstem w widocznym miejscu, na zasadzie „moje hasło to…”) to przykro mi, ale złamiesz prawo. Będziesz nielegalnie rozpowszechniać utwór, bo inne osoby spoza Twojego kręgu rodzinnego będą miały do niego dostęp.

Inna sytuacja? „No dobra… Ściągać można KAŻDY film…?” – zapyta ktoś inny z uśmiechem, który można by z łatwością zaklasyfikować jako „lubieżny”.

I ja już wiem, co się święci. A to temat bardzo (nomen omen) śliski. No bo ogólnie, do filmów oglądanych jedną ręką nic nie mam, hobby jak hobby, ale zalecałabym daleko idącą ostrożność, zwłaszcza w przypadku produkcji pikantniejszych!
To jedna z tych sytuacji, gdzie wychodzimy poza przepisy o prawie autorskim. Mimo że zwykły filmik tego typu może być utworem (jeśli będzie oryginalny i twórczy – czytelnikowi pozostawiam do oceny, w jakich elementach taka twórczość może się przejawiać), to problemem są przepisy prawa… karnego! O ile produkcje, że tak ujmę, „klasyczne”, nie są problemem, o tyle już na przykład przechowywanie w celu rozpowszechniania „treści związanych z prezentowaniem przemocy lub posługiwaniem się zwierzęciem” będzie przestępstwem (art. 202 §3 kodeksu karnego). Podobnie z samym posiadaniem treści pedofilskich (art. 202 §4a i §4b kodeksu karnego), o czym, mam nadzieję, nie muszę nikomu przypominać.

(Na temat produkcji kina ślizganego muszę chyba napisać osobny wpis, jak tylko upewnię się, że algorytmy Google’a nie zaczną mnie słabiej indeksować z powodu zbytniego „świntuszenia” na witrynie).

No to jeśli takie zwykłe, klasyczne (huehue) produkcje można, to podeślę kuzynowi, chłopak jest koneserem!

Noooooo…. Dobrze, niby rodzina, nawet bliska. Prawo autorskie nie ma nic przeciwko. Ale… ile szanowny kuzyn ma lat? Bo prezentowanie treści pornograficznych (jakichkolwiek! Nawet w wersji soft!) małoletniemu poniżej lat 15 to też przestępstwo! Kłania się kodeks karny, art. 200 §3.
Teraz chyba widać, o czym mówię – same przepisy karne to tak szeroki temat, że nie jestem w stanie, choćbym naprawdę bardzo się starała, wymienić wszystkich zastrzeżeń, przypadków i sytuacji. Nie wiem nawet, czy możliwe jest ich szczegółowe wypisanie… Cały kodeks karny, kodeks wykroczeń, przepisy karne umieszczane w wielu różnych ustawach, mnożących się w polskim Sejmie jak grzyby po deszczu…

A prawo karne to nie jedyna działka prawa, która może nam przeszkadzać przy swobodnym pożyczaniu książek czy filmów kolegom. Nawet nie umiem podać dobrego przykładu. Może… know-how, czyli tajemnica przedsiębiorstwa, jeśli ktoś chciałby podzielić się z bliskimi filmami szkoleniowymi lub instruktażowymi produkcjami tworzonymi na potrzeby pracodawcy?

No dobrze… to co z tym sprzedawaniem własnych kopii, skoro już „zmarnowało się” download na jakiś film.

Hola, hola! Nie wspomniałam przecież ani słowem, co jeszcze można z takim filmem zrobić po ściągnięciu. Mówiłam tylko o oglądaniu! To przecież nie moja wina, że ktoś sobie pomyśli, że jeśli już film ściągnął czy pozyskał w inny sposób, to może z nim zrobić co tylko chce.
Niestety. To też rozpowszechnianie, a więc rzecz niemieszcząca się w dozwolonym użytku. Nie możesz takiego filmu (czy jakiegokolwiek innego utworu) pokazywać szerszej grupie odbiorców, poza bliskimi, w sposób, jakiego autor utworu nie przewidział i jakiego sobie nie życzył. Tym bardziej nie możesz na tym zarabiać! Zarabianie na cudzym utworze, bez pytania, jest zresztą nielegalne nawet wtedy, gdybyś próbował zarabiać tylko na bliskiej rodzinie.

Czyli że w końcu można ściągać te filmy, czy nie?

No właśnie można. Co do zasady. Ale zasady swoje, a wyjątki od tych zasad swoje. A prawo autorskie to zbiór bardzo prostych zasad. Z wyjątkami. I wyjątkami od wyjątków…

Z tego powodu, często omawiam konkretną, bardzo wąską sytuację. Lepiej nie rozszerzaj jej sobie na inne, o których wprost nie wspomniałam.
Jeśli piszę o ściąganiu filmów, to wiedz, że sprawa dotyczy tylko filmów. Może dotyczyć książek – ale lepiej o to dopytać. Nigdy nie wiesz, gdzie przepisy naszych ustaw stawiają granice. Dla przykładu – możesz sobie nawzajem, z przyjacielem, pożyczyć najnowszy bestseller prosto z księgarni. Ale nie wolno się wam równie swobodnie wymienić najnowszym egzemplarzem Cyberpunka! Programy komputerowe i gry komputerowe nie są objęte dozwolonym użytkiem prywatnym.

I właśnie dlatego żaden wpis, na żadnym blogu, nigdy nie zastąpi porady prawnej.

Wiedz jednak, że zawsze będę się starać, by prezentować tu treści uniwersalne, przydatne dla jak największej grupy osób.

Czy to znaczy, że nie ma sensu czytać blogów takich jak ten..?

Może nie mam możliwości, by zająć się tu Tobą indywidualnie, czy też precyzyjnie doradzić najlepsze rozwiązania, uwzględniające i charakter Twojej działalności, i rodzaj materiałów, które wykorzystujesz lub chcesz wykorzystać, a przede wszystkim – szczegółowe prawodawstwo kraju, w jakim działasz…

Za to bez wątpienia mogę Ci pokazać, na co powinno się zwrócić szczególną uwagę, działając w Internecie.

 

  • Pokażę Ci pułapki, jakie sprytnie zastawia na Ciebie ustawodawca. Zaprezentuję chętnie rożne propozycje ich ominięcia – nawet jeśli nie dam rady wprost powiedzieć, która z opcji będzie najkorzystniejsza konkretnie dla Ciebie.
  • Uświadomię Ci, w jakich sytuacjach, wydawałoby się prostych i bezproblemowych, warto skorzystać z pomocy profesjonalnego prawnika.
  • A jeśli już wiesz, jakie przepisy Cię dotyczą – z przyjemnością uczynię je dla Ciebie czytelniejszymi i bardziej zrozumiałymi.

Pamiętaj o tym.

Miłej lektury!

Karina Kunc-Urbańczyk

Doktor nauk prawnych, od wielu lat działająca w strukturach wymiaru sprawiedliwości. Specjalistka w dziedzinie praw autorskich i dydaktyk z zamiłowania. hobbystycznie rozjaśniam mroki polskich przepisów prawnych, bo uważem, że każdy z nas ma prawo rozumieć prawo. Jeśli wciąż zastanawiasz się czy można dać wiarę temu, co piszę, zachęcam do lektury zakładki „O mnie„.

Ta wiedza jest dla Ciebie

002: Czy prawo autorskie działa w Internecie – i dlaczego tak słabo

Sprawdź, jakie masz szansę, że ktoś NAPRAWDĘ pozwie Cię o naruszenie prawa autorskiego. Poznaj powody, dla których rzadko słyszy się o sprawach o naruszenie praw autorskich w social mediach. I upewnij się, czy możesz już spać spokojnie, jeśli do tej pory nikt się Twoimi nie do końca legalnymi działaniami nie przejmował.

czytaj dalej