Prawo wita na blogu!

002: Czy prawo autorskie działa w Internecie – i dlaczego tak słabo

sie 28, 2022 | Social media zgodne z prawem | 0 komentarzy

Transkrypcja odcinka 002 podcastu PrawoWita:  Sprawdź, jakie masz szansę, że ktoś NAPRAWDĘ pozwie Cię o naruszenie prawa autorskiego. Poznaj powody, dla których rzadko słyszy się o sprawach o naruszenie praw autorskich w social mediach. I upewnij się, czy możesz już spać spokojnie, jeśli do tej pory nikt się Twoimi nie do końca legalnymi działaniami nie przejmował.

Głośne sprawy o kradzież mema i infografiki

Kojarzysz te ostatnie doniesienia o głośnym procesie sądowym o opublikowanie mema bez podpisania autora? O, albo tę milionową ugodę o skopiowanie trendującego tiktoka?

…No właśnie. Ja też nie. I jak mam nadzieję się domyślasz, nie wynika to z mojego niedouczenia czy niedostatecznego researchu… O takich sprawach po prostu zwykle nie słychać.
A tyle niby opowiadam na tym swoim instagramie (gdzie, przypomnę, działam jako @prawowita.karina) o prawach autorskich, uświadamiam, że nie tylko poważna twórczość przez duże T, ale i ta prosta, nazwijmy to „codzienna” twórczość (nawet taka przez małe „tfu”) też jest chroniona prawem. Że nie wolno używać sobie obrazków z wyszukiwarki tylko „dla przyciągnięcia uwagi” czy wzbogacać swoich produktów cyfrowych fotografiami z internetu w celach czysto estetycznych, że trzeba sprawdzać licencje i trzymać się ich warunków, albo pytać zawsze o zgodę autorów nawet na wykorzystanie screenshota z czyimś komentarzem czy opinią…

Jeśli jesteś już po wysłuchaniu odcinka 001 tego podcastu to pewnie zastanawiasz się, po co tyle było gadania o konsekwencjach i kosztach, skoro nie słyszy się o żadnych spektakularnych sprawach w sprawie kradzieży obrazków… O, albo jeśli jesteś PODRÓŻNIKIEM W CZASIE i zaglądasz tu z ciekawości, żeby posłuchać samych początków znanej prawniczej podcasterki Kariny Kunc-Urbańczyk, doktorki nauk prawnych i specjalistki od prawa social mediów. Bo zastanawiasz się, po co ona tyle opowiadała przez całe lata regularnego prowadzenia swojego podcastu, o tych wszystkich naruszeniach prawa, skoro jakoś niespecjalnie widać, żeby ktoś w realnym pozapodcastowym świecie się tym w ogóle przejmował…

Dlatego w tym odcinku, którego transkrypcję możesz przeczytać na tej stronie wyjaśnię Tobie, mój nowy, zaciekawiony prawem odbiorco, jak i Tobie, mój przyszły wierny słuchaczu, z pasją cofający się do tych zamierzchłych czasów sierpnia roku pańskiego 2022, jak to jest z tym łamaniem prawa autorskiego w Internecie. Czy prawo w internecie nie działa? I czy faktycznie to prawda, że „inni kopiują i nic się nie dzieje”. Będzie o powodach, dla których ludzie nie walczą o swoje prawa, powodach dla których walczą, ale robią to bez rozgłosu…. Ale i ciekawych przypadkach spraw, w których ktoś nagle zmienił zdanie i o te swoje prawa zaczął w końcu spektakularnie walczyć, wywołując tym spore zdziwienie u wszystkich tych, którzy dotychczas frywolnie korzystali sobie z jego twórczości.
Ja nazywam się Karina Kunc-Urbańczyk i obiecuję, że bez onieśmielania Cię moim prawniczym wykształceniem i wieloletnim doświadczeniem, wyjaśnię, jak legalnie działać, tworzyć i promować się w mediach społecznościowych.
Zaczynajmy!

Czy prawo autorskie w ogóle działa?

Niektóre elementy prawa własności intelektualnej i ich ochrony powoli się do powszechnej świadomości przedzierają, o tym się mówi, więc o tym się słyszy.
Tak jest na pewno z plagiatowaniem prac zaliczeniowych wszelkiego typu, czy to licencjackich, czy magisterskich, czy – o zgrozo – doktorskich i kolejnych pisanych w trakcie naukowej kariery.
Tak samo myślę, że już chyba wszyscy kojarzą, że ściąganie na lewo programów komputerowych albo nielegalne windowsy to jest poważne przestępstwo. Programy komputerowe i gry komputerowe to też są utwory chronione prawem autorskim – tak przy okazji.
Ale akurat walka z naruszaniem praw do programów komputerowych i z plagiatami prac zaliczeniowych jest całkiem skuteczna, konsekwentnie prowadzona i kończy się realnymi i powtarzalnymi konsekwencjami, bywa o niej głośno i raczej temat przebił się już do opinii publicznej. Dlaczego więc wciąż ludzie mają takie ogromne wątpliwości co do tego, czy prawo autorskie w ogóle działa w social mediach, jak ono tam funkcjonuje i dlaczego nie słyszy się o jakichś spektakularnych akcjach przeciwko jego łamaniu?

Czy prawo działa w Internecie?

No to może odpowiedzmy sobie od razu – czy prawo autorskie działa w social mediach? Czy też w Internecie w ogóle?
Odpowiedź jest prosta. Działa. Chociaż jeśli chodzi o związek Internetu i praw autorskich, lepszym statusem byłoby tu „to skomplikowane”.
Ale zacznijmy od początku.
Przede wszystkim, wszystkie nasze regulacje prawne, czy to prawo karne, czy to prawo autorskie, czy prawo cywilne, a więc to związane z zawieraniem umów, działają również w Internecie. Zawsze. Internet to nie jest jakaś ziemia niczyja. Przepisy prawne dotyczą ludzi i ludzkich zachowań i jeżeli jakiś paragraf każe wiązać jakieś zachowanie z jakąś prawną konsekwencją, to naprawdę, dla naszych kodeksów i ustaw nie ma różnicy, czy zrobisz coś na ulicy, czy na profilu społecznościowym, twarzą w twarz, czy oznaczając innego użytkownika.
Dobra… Czasem przepisy wskazują jakieś konkretne miejsce, z którym wiążemy taką regulację. Na przykład trzeba coś zrobić w miejscu publicznym albo w strefie zamieszkania. W ogóle kodeks ruchu drogowego jest zbiorem takich przepisów, je ciężko stosować w Internecie, więc grając w jakiegoś Need for speeda nie musisz się przejmować przekraczaniem prędkości

Ale ogólna zasada jest taka, że jeśli przepis nie precyzuje, gdzie ma być stosowany i w jakim miejscu ma działać człowiek takim przepisem objęty (po prawniczemu mówiąc: człowiek objęty DYSPOZYCJĄ takiego przepisu), to znaczy, że przepis obowiązuje wszędzie, również wtedy, kiedy działanie takie jest wykonywane wirtualnie.

Jakoś nikt nie dziwi się, że możesz kupić sobie coś przez internet, mimo że przepisy o sprzedaży nie wskazują, że dotyczą też Internetu, prawda?

A jeśli jesteś typem człowieka, który nie ma świadomości, że kupując w jakiejś żabce czy innej biedronce notorycznie zawierasz umowy sprzedaży regulowane przepisami art. 535 i następne kodeksu cywilnego, to musisz mi uwierzyć na słowo – nie ma tam nic o Internecie, a i tak działają tam równie skutecznie.

Inną sprawą jest, że często do spraw dziejących się w Internecie stosujemy wręcz więcej przepisów, niż do tych „offline’owych”. Na przykład cała mocno zaawansowana ochrona konsumentów w przypadku rzeczy kupowanych na odległość, czyli właśnie przez Internet.

Czy to znaczy, że prawo nie działa w Internecie? No właśnie wręcz przeciwnie, w pewnych sprawach prawo w internecie działa BARDZIEJ. I przy sprawach internetowych i przy biznesach online’owych trzeba tych przepisów brać pod uwagę więcej, a nie mniej.

A i tak wielkie zdziwienie budzi, że taki obrazek z Internetu może mieć takie same prawa jak drukowana książka albo kosztujący miliony obraz na płótnie.
I mało komu ręka nie zadrży przy przesyłaniu mailowo do gigantycznej grupy ludzi materiałów w pdfie albo wrzucania ebooków na publicznie dostępne strony – mimo że do kserowania książek i podręczników podchodzimy już zdecydowanie ostrożniej, lata zwracania na to uwagi zrobiły swoje.

Influencer marketing a prawo polskie

Tak samo zresztą sprawa wygląda z bardzo gorącym teraz tematem jakim jest i oznaczanie reklam w mediach społecznościowych i reklamowanie alkoholu. Mamy szczegółowe przepisy dotyczące reklam, standardów jakie muszą one spełniać oraz zakazów, choćby z tym alkoholem związanych. I te przepisy może nie wspominają wprost o Internecie, a zwyczajowo były stosowane do klasycznych mediów, prasy, radia, telewizji – ale przez to właśnie, że też nie wskazują, gdzie mają być stosowane, to po prostu muszą być stosowane w każdej sytuacji, w której możemy mówić o reklamie. Koniec, kropka. Nie trzeba zmieniać prawa tak, żeby obejmowało też Internet. Wystarczy zacząć to już obowiązujące prawo stosować i lepiej pilnować jego przestrzegania.

I prawo autorskie też radzi sobie doskonale z internetem i światem cyfrowym, mamy nawet w ustawie przewidzianą taką formę korzystania z utworów, jak „utrwalanie i zwielokrotnianie utworu techniką cyfrową”. I nie budzi niczyich wątpliwości, że wszystkie ogólne zasady tego prawa znajdują zastosowanie również do utworów cyfrowych.

…inną sprawą jest, że czasem trudno te zasady dopasować do realiów cyfrowego świata, mimo że powinny być w nim stosowane. I wymaga to odrobiny samozaparcia, dobrej woli i prawniczej ekwilibrystyki. Ale działać działa. To, że często nie widzimy jak działa, wynika z innych powodów. I teraz do tych powodów przejdziemy.

Dlaczego rzadko widzimy prawo autorskie w działaniu?

Tych powodów jest kilka, roboczo podzieliłam je na cztery rodzaje:
Po pierwsze: ludzie nie wiedzą, że mają jakieś prawa do różnych swoich internetowych wytworów i że mogą je egzekwować. Więc tego nie robią.
Po drugie: nie mają świadomości, że ktoś gdzieś ich utworów używa – i że powinni zareagować.
Po trzecie: są tego świadomi, ale nie chcą swoich uprawnień używać – z bardzo różnych powodów, które tu zaraz bliżej scharakteryzuję.
I jest jeszcze czwarta grupa sytuacji, w których nie usłyszysz głośno o łamaniu praw autorskich – gdy twórca i wie, że ma prawo, kiedy go skutecznie broni, ale zarówno on, jak i osoba to prawo naruszająca, wolą sprawę zachować w tajemnicy.

No, i to jest takie bardzo szybkie podsumowanie dzisiejszego odcinka, więc jeśli nie masz zbyt wiele czasu, to w sumie na tym możesz dziś zakończyć, pamiętaj, że te powody nie są wieczne, a zdanie zawsze można zmienić,
zasubskrybuj mój podcast, wróć jeszcze kiedyś, zostaw lajka tam, gdzie możesz, skomentuj, jeżeli Twoja aplikacja podcastowa na to pozwala i buziaczki-uściski, pa, do zobaczenia, powodzenia w podbijaniu świata social mediów!
Ale… jeżeli ciekawią Cię szczegóły, smaczki i anegdotki, którymi potem zabłyśniesz przy weekendowym grillu, na spotkaniu ze znajomymi albo na rodzinnej posiadówie, to słuchaj dalej.

1: Ludzie nie wiedzą, że mają takie prawa

Pierwsza grupa powodów – ludzie nie wiedzący o tym, że mają prawa autorskie. Dziwne? Nie do końca.
Z jednej strony, wiadomo, w podstawie programowej szkół publicznych raczej nie ma podstaw własności intelektualnej, a szkoda. Można liczyć wyłącznie na jakąś szczątkową, ponadprogramową wiedzę dodatkową od prawników-wolontariuszy, sama w ten sposób się przed pandemią udzielałam i stąd też wiem, że nie do każdej szkoły dajemy radę dotrzeć.

Ale taki ogólny brak wiedzy o prawie autorskim to jest jedno. Jest też drugi aspekt tego problemu. Brak świadomości, że te wszystkie przepisy o kopiowaniu i plagiatowaniu można wykorzystać też do drobnej twórczości dnia codziennego.
Że praw autorskie to nie tylko dzieła sztuki, obrazy wielkich artystów, rzeźby z marmuru, programy komputerowe za setki złotych, popularna muzyka ze znanych wytwórni czy drukowane powieści.

Nasze prawo autorskie chroni – tu cytat: KAŻDY przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, bez względu na jego wartość czy przeznaczenie. I ten przejaw działalności twórczej, ten indywidualny rys prawem chroniony, wcale nie musi być wielki. Porównałam to kiedyś (i dumna z tego porównania jestem do tej pory) do słodzenia herbaty – od ilu łyżeczek zaczyna się słodka herbata? Czy kilka kryształków cukru wystarczy, żebyśmy uznali filiżankę za posłodzoną? A gdybyśmy mogli użyć tylko dwóch określeń – posłodzona albo nieposłodzona, bez stopniowania, czy mało, czy dużo?
W prawie autorskim nie ma stopniowania twórczości. Są tylko dwa możliwe ustawienia – twórcze albo nietwórcze. Odpowiednio: herbata z cukrem albo bez cukru. Nawet odrobinka cukru to logicznie rzecz biorąc już „herbata Z cukrem”. I w prawie autorskim jest tak samo – nawet odrobinka twórczości to już utwór chroniony prawem autorskim.

I tak doszliśmy do sytuacji, gdzie prosty znicz został uznany za utwór chroniony prawem autorskim. Taki serio prosty – walec szerszy u podstawy i na górze. Jednolity kolor. Pokrywka. Nawet nie miał melodyjki ani żadnego wzorka!

Ale sąd uznał, że jest tam jakiś przejaw twórczości, jego twórca podjął pewne twórcze wybory – mógł zrobić kwadratowy w przekroju, wybrał okrągły, mógł zrobić bez szerszej podstawy, a postanowił tę grubość znicza jednak zróżnicować… i tak dalej… No i wyszło, że może nie jest to bardzo twórczy przedmiot, ale trochę jest. Wystarczyło, żeby uznać drugiego producenta zniczy za NIELEGALNIE KOPIUJĄCEGO UTWÓR!

Więcej w uzasadnieniu do wyroku V CSK 202/13 [zostawiam LINK do treści]

A teraz pomyśl sobie, ile takich odrobinkę twórczych rzeczy tworzy się w internecie, a których nie doceniamy, bo nie jest to poważna powieść znanego autora, tylko jakieś opowiadanko autorstwa nastolatki. Nie jest to obraz, który doceniliby znawcy sztuki, tylko prosty komiks internetowy, naszkicowany kilkoma koślawymi cyfrowymi kreskami. Albo infografika w jakimś banalnym temacie! Jeden kafelek story albo „głupi tiktok”. Dla prawa autorskiego nie ma znaczenia długość utworu, wiek twórcy, jego umiejętności czy wykształcenie. Ani to, czy taki cyfrowy wytwór ma jakąś wartość rynkową, czy był zrobiony „dla beki” przez kogoś, kto nie ma nawet marzeń, żeby zostać choćby w przyszłości jakimś znanym influencerem.
Liczy się ta minimalna ilość twórczości, którą prawo autorskie będzie z całej siły chronić.

Ja to wiem, teraz Ty też to wiesz, ale wiele osób, które na co dzień generują ten internetowy „szum informacyjny” nawet nie wie, że mogą zareagować, kiedy ktoś wrzuci gdzieś screenshota z ich komentarzem. Po prostu.

W społeczeństwie pokutują też różnego rodzaju mity na temat praw autorskich. Jak na przykład ten, że jeśli ktoś Cię podpisze czy oznaczy, to może swobodnie korzystać z cudzej twórczości. Albo ten, że niekomercyjne kopiowanie jest legalne, boi póki nie czerpiesz zysków z wykorzystania cudzej twórczości, to wszystko okej. Albo że własnoręczne przerysowanie czyjegoś obrazka jest okej, bo wkładasz w to większy wysiłek, niż robiąc proste kopiuj wklej cyfrowego pliku. Podkreślam – to są MITY, bo o ile podpisanie autora jest ważne, to nie jest wystarczające. Powielenie utworu to powielenie utworu, bez względu od techniki takiego powielenia. A niekomercyjne korzystanie z cudzego utworu może być tak samo nielegalne jak to dokonane w celach zarobkowych. Faktem za to jest, że ludzie po prostu tego nie wiedzą i często z tego powodu nie walczą o swoje, nawet gdyby chcieli.

2: Niewykryte narusznia praw autorskich

Kolejna grupa sytuacji to ludzie, którzy wiedzą, że mają jakieś prawa, ale nie mają pojęcia, że te prawa właśnie gdzieś ktoś w internecie narusza. To jest częste w przypadku jakichś niewielkich profili z małymi zasięgami, które bez pytania repostują sobie czyjeś zdjęcia na instagramie.
Albo małych zamkniętych grupek na facebooku, gdzie ktoś wrzuca grafikę z wyszukiwarki obrazu z dopiskiem „foto nie moje, wrzucam dla przyciągnięcia uwagi” – i jest naprawdę niewielka szansa, że osoba uprawniona z tytułu praw autorskich to zobaczy. Albo kiedy ktoś bez pozwolenia tłumaczy niszowe zagraniczne treści, na przykład właśnie infografiki i wrzuca na swój profil. Ten oryginalny twórca może nie znać polskiego i nie mieć pojęcia, że coś takiego gdzieś się dzieje, a odbiorcy mogą nie znać oryginalnego źródła i nawet nie wiedzieć, że ktoś pozujący na eksperta wcale się nie wysila przy tworzeniu swoich treści.

Dlaczego nie warto na takiej słabszej wykrywalności naruszeń budować swojego modelu biznesowego, wytłumaczę w dalszej części dzisiejszego podcastu, cierpliwości.

3: Świadoma decyzja o niechronieniu swoich utworów

Lecimy z czwartą grupą sytuacji, najbardziej złożoną, przez którą także może Ci się wydawać, że prawo autorskie w Internecie nie działa. To ludzie, którzy w pełni świadomie nie korzystają ze swoich praw. Mimo że wiedzą, że je mają i mają informacje o ich łamaniu.
To wynika z różnych powodów, ludzie jak wiadomo są różni i różne mają podejście do twórczości. Niektórzy w swoje wytwory wkładają część duszy i boli ich, gdy ktoś z tej ich duszy korzysta bez pytania, inni mają do tworzenia stosunek bardziej pragmatyczny i wykorzystują ją głównie do zarabiania. Jeszcze inni lubią dzielić się ze światem swoimi wytworami albo wręcz używają ich do rozpowszechniania pewnych wartościowych dla siebie idei. Jednocześnie każdemu twórcy, bez względu na jego podejście do twórczości i bez względu na wyznawane przez niego wartości, przysługują takie same prawa. A to, w jaki sposób z nich skorzystają – i czy w ogóle – to już ich prywatna decyzja.

Przerwa na szybki kącik historyczny – czy wiesz, że onegdaj kopiowanie stanowiło najwyższą formę uznania? Jeśli komuś podobał się jakiś obraz, rzeźba czy wiersz, to po prostu wykonywał jak najdokładniejszą kopię i podpisywał go swoim imieniem i nazwiskiem.

Z czasem to się zmieniło i ludzie wymyślili prawa autorskie, ale w niektórych twórcach to stare podejście wciąż jeszcze chyba tkwi i po prostu cieszą się, widząc, że ich pomysły niosą się szeroko po świecie.

Weźmy środowisko tak zwanych memiarzy albo osób piszących tzw. pasty – zwykle nie jest to twórczość podpisana, a podanie jej dalej i uśmiech odbiorców traktują oni jako wystarczającą zapłatę za swoją kreatywność. Im dalej w internecie natkną się na swoje dzieła, tym większą satysfakcję czują.

Sporo autorów w ogóle wrzuca swoje utwory w internet na tzw. otwartych licencjach, np. creative commons. W ten sposób formalnie i oficjalnie pozwalają każdemu na swobodne pobieranie ich twórczości i jej dowolne wykorzystywanie. Ale to już jest inna sytuacja niż omawiane w dzisiejszym odcinku, bo wtedy nie możemy mówić o naruszaniu prawa autorskiego, skoro ktoś tak naprawdę używa twórczości na licencji, czyli legalnie (tyle że jest to licencja bardzo szeroka i mało restrykcyjna).
Ja tu teraz mówię o twórcach, którzy nie zadbali o te formalności, tylko po prostu publikują rzeczy, wrzucają je w internet i nie przejmują się nimi dalej. Nikogo nie ścigają, nikogo nie pozywają, od nikogo niczego nie żądają.

Mają takie prawo. Tak, tak jak twórca ma prawo do wynagrodzenia za korzystanie z jego utworu, tak ma prawo do zezwalania na korzystanie bez wynagrodzenia. NIEODPŁATNIE. Tak jak twórca ma prawo do podpisania się pod swoim dziełem, tak samo ma równie silne prawo do rozpowszechniania go anonimowo. Prawa autorskie to w ogóle jest PRAWO, a nie obowiązek – nie chcesz z niego korzystać, to tego nie robisz.

Nie opłaca się ścigać

Są też ludzie, którzy dobrowolnie rezygnują ze ścigania naruszeń prawa autorskiego, ale nie dla jakiejś wyższej idei. Po prostu uważają, że to się nie opłaca. Finansowo czy czasowo. Albo twierdzą, że „szkoda nerwów”, bo „lepiej mieć spokój niż rację” i lata stresującego procesu nie są dla nich warte tych kilku czy nawet kilkunastu wywalczonych stówek. Część ludzi wręcz uznaje naruszanie ich praw autorskich za nieodłączny element biznesu, który po prostu wliczają w koszta – takie podejście często spotykam u rękodzielników, którzy zamiast walczyć o swoje, denerwują się na plagiatorów, ale zamiast reagować, wolą po prostu wymyślać kolejne nowe, jeszcze nie splagiatowane wzory, które zainteresują ich klientów bardziej niż prace konkurencji. Nie oceniam, po prostu mówię Ci, jak to czasem w praktyce wygląda.

Są też twórcy, którzy po prostu nie strzelają z armaty do wróbla – mówiąc metaforycznie. Zachowują siły i środki na spory prawne dotyczące naprawę poważnej twórczości, na której mogą zarobić normalne pieniądze, a odpuszczają i nie angażują całej machiny wymiaru sprawiedliwości do bezprawnego powielenia ich anonimowej recenzji szamponu opublikowanej lata temu na jakimś zapomnianym internetowym forum. Mimo, że by mogli. Mam wrażenie, że głównie dlatego ludzie puszczają płazem te wszystkie drobne naruszenia prawa w social mediach.

Opłaca się NIE ŚCIGAĆ czyli taki model biznesowy

Dla odmiany, w odróżnieniu od tych, którym nie opłaca się reagować na naruszenia prawa, są też tacy, którym opłaca się nie reagować! Tak, są takie sytuacje, w których niepozywanie ludzi kopiujących bezprawnie Twoją twórczość może być dobrą strategią biznesową i bardziej się opłacać, niż wyrywanie od nich chociażby tego odszkodowania w wysokości dwukrotności standardowego wynagrodzenia.

W tym miejscu uświadomię Cię, jeśli jeszcze tego nie wiesz, że szeroko pojęta twórczość fanowska, prezentowana publicznie (fanarty, fanfiki, cosplaye i tym podobne), z założenia jest nielegalna! Bo nie tylko utwory w całości są chronione prawem, ale i ich fragmenty, na przykład wygląd postaci

lub elementy fabuły. Ich wykorzystywanie w swoich pracach, nawet niekomercyjnych, czysto hobbystycznych, czyli właśnie fanowskich, jeśli ich publikacja następuje bez licencji czy bez innego zapytania o pozwolenie, będzie najzwyczajniejszym w świecie niezgodna z prawem autorskim.

Tu prawdopodobnie się zdziwisz, bo przecież internet jest pełen nieautoryzowanych opowiadań, w których dopisuje się ulubionym bohaterom dalsze losy lub przedstawia ich w innych niż kanoniczne eroto-miłosnych konfiguracjach… Początkujący artyści chętnie ćwiczą swoje umiejętności, odwzorowując postaci z filmów animowanych czy komiksów i chwaląc się tym na swoich profilach lub wręcz w poświęconych takiej aktywności serwisach internetowych. A pasjonaci potrafią władować miliony monet w stroje jak najwierniej odwzorowujące ulubionych bohaterów mang czy gier komputerowych (które również prawem autorskim są chronione, bo czemużby nie), w dodatku zbierając za ich prezentację spore ilości lajków i dając się szeroko obfotografowywać na różnej maści konwentach.

No i właśnie o tym jest ten odcinek podcastu, nieprawdaż? Po to dziś wyjaśniam, dlaczego liczne zwyczaje naruszające prawa autorskie, zamiast być tępione, to mnożą się w milionach, bez jakiejkolwiek reakcji ze strony uprawnionych.

Cóż… Na takiej zasadzie często działają wielkie wytwórnie, dla których twórczość fanowska jest po prostu bezpłatną reklamą. Fanfiki czy fanarty często podtrzymują zainteresowanie jakąś serią nawet wtedy, gdy producent nie wydaje akurat niczego nowego. Nie zmniejszają popytu na oryginalne treści, a wręcz przeciwnie, pozwalają nakręcać sprzedaż dzięki temu, że takie treści docierają do szerokiego grona ludzi lubiących podobne treści, którzy może, zachęceni przez swoich znajomych, staną się nowymi wiernymi fanami, a co za tym idzie – równie wiernymi klientami.
Zamiast zarabiać na jednostkowych procesach sądowych (które potrafią skutecznie zrazić do danej serii i wiernego fana przekształcić w zadeklarowanego wroga i największego hejtera), to lepiej pozwalać na pewien zakres niegroźnych działań, odbijając sobie na sprzedaży kinowych biletów, kolejnych odsłon serii, nowych wydaniach kolekcjonerskich czy szeroko pojętym merchandisingu. Skala potencjalnych korzyści jest tu ogromna, i mówię to nie tylko jako prawnik, ale też jako matka, która ma w domu zdecydowanie zbyt wiele rzeczy z Elsą i Psim Patrolem…

Tak, z zasady fanów się jednak raczej nie pozywa, bo skutki wojny z fandomem mogą być zdecydowanie wyższe niż korzyści z wygranych spraw sądowych.

Przynajmniej póki fani na tej swojej fanowskiej działalności nie zarabiają. Bo jeśli taki wierny fan ma przy okazji biznes, na którym zarabia, wykorzystując za free chronione motywy, to nie ma zmiłuj. Płać albo płacz.
Spróbuj taką Elsę wydziergać na drutach albo gdzieś wyhaftować i wystawić na sprzedać – prędko się dowiesz, ile wynosi disneyowska licencja na takie działania. Firma nie zna litości, zdarzało im się nawet pozywać przedszkola za murale z ich bajkami. Bo dzieciaczki czy nie, ważne że placówka brała za swoje usługi pieniądze – a skoro tak, to powinna zadbać o legalne, a więc odpowiednio wcześniej opłacone, ozdobienie ścian motywami z własnością intelektualną filmowego giganta.

Czasem lepiej mieć zasięgi niż rację

Tak samo korzystne – może nie finansowe, ale na pewno „zasięgowo” – może być polecenie naszych treści przez większe, popularniejsze konto społecznościowe.
Formalnie, zrobienie screenshota Twojej instarelacji i wrzucenie go na cudze story może być traktowane jako naruszenie prawa autorskiego. Nawet jeśli ktoś Cię na nim oznaczy, bo już chyba wspominałam, że podpisywanie autora jest konieczne, ale niewystarczające.

Z drugiej strony – bądźmy szczerzy, jeśli jakieś duże konto nielegalnie udostępni screen czyjejś relacji, ale zrobi to z tekstem „polecam, wpadajcie, świetne story, warto zajrzeć i w ogóle zaobserować ten profil!” no to co otrzyma w zamian od właściciela profilu, którego treści zostały w taki sposób naruszone?
– wezwanie do zapłaty sygnowane przez znaną kancelarię prawną specjalizującą się w ochronie naruszeń własności intelektualnej?
– czy gorące podziękowanie za napływ nowych followersów?
No właśnie.

O, za to inaczej sprawa się ma, jeśli ten komentarz przy takim „kradzionym” story będzie negatywny, prawda? Jeśli zamiast zachęcać do odwiedzin, sugeruje bojkot, wytyka głupotę albo rozpoczyna internetowy lincz. O tak, wtedy nagle każdemu się przypomina, że te szybkie storieski to tak naprawdę były przejawem działalności twórczej o indywidualnym charakterze, prawem chronionym i zasługującym na pełną, bezwzględną prawnoautorską ochronę!

Obrót o 180 stopni, czyli dlaczego powyższe powody mogą się nagle zmienić

To jest właśnie częsta praktyka – prawo autorskie jest traktowane jako taka broń ostateczna. Jeśli nie jesteś w stanie kogoś pociągnąć do odpowiedzialności z tytułu innych przepisów, czy to za zniesławienie, czy naruszenie dóbr osobistych, czy jeśli po prostu nie lubisz człowieka tak bez powodu… To zawsze możesz się doczepić do tego, że nielegalnie powielił Twoją twórczość, screenując coś bez pytania, bez pozwolenia, z przekroczeniem granic prawa cytatu i w ogóle. Tak to już z tym prawem autorskim jest, że potrafi latami czekać sobie cichutko, w oczekiwaniu na dobry moment do ataku

Z tego też powodu niespecjalnie przywiązywałabym się do takich też mocno popularnych argumentów, że „o co to zamieszanie, no wzięliśmy Twoją twórczość bez pytania, ale dzięki temu ZROBILIŚMY CI REKLAMĘ! Patrz, jak Ci nagle wzrosły zasięgi!”. Pozwól, że to twórca zdecyduje, na czym mu bardziej zależy – czy na zasięgach, czy na pełnej kontroli nad swoją twórczością. Akurat sporo spraw sądowych kojarzę, w których telewizja mocno się zdziwiła, że ktoś nie docenił takiego niespodziewanego pokazania swojego utworu na antenie. O, albo że zamiast pokazać rodzinie, że wiersz albo zdjęcie trafiły DO GAZETY, to podał wydawcę do sądu.
W ogóle nienawidzę argumentów, że POWINIENEŚ SIĘ CIESZYĆ, że się więcej ludzi zapozna z Twoją twórczością! A nie narzekać! Jeśli nie znasz dobrze człowieka – i nie zapytasz go o zdanie – to naprawdę, nie zakładaj, co go ucieszy bardziej. Czy ten często mocno wątpliwy fejm, czy pełne respektowanie jego prawnoautorskich uprawnień.

No, i tak widzę, że płynnie przeszliśmy z powodów, dla których często w internecie nie widać, żeby prawo autorskie działało, do powodów, dla których nie warto na tym opierać swojego biznesu.
Już Heraklit twierdził, że wszystko płynie i nie ma niczego stałego na tym świecie. Z prawami autorskimi i powodami niekorzystania z nich jest dokładnie tak samo. Posłuchaj!

Ludzie cały czas się uczą

Jeśli ktoś nie chroni swojej twórczości, bo nie wie, że ma jakieś prawa, to zawsze przecież może się tego dowiedzieć. A potem z odpowiednich instrumentów prawnych skorzystać. Tak to już bowiem jest, że ludzie się nowych rzeczy stale uczą. Poza tym ja też planuję być jednak coraz bardziej popularna i szerzyć coraz skuteczniej wiedzę o prawie autorskim. Poczekaj, aż wejdę na tiktoka! Więc wiesz, nawet jeżeli ktoś teraz nie reaguje na nielegalne kopiowanie swojej twórczości, bo raz, że nie wie, co jest legalne, a co nie, a dwa, że nie wie, że to w ogóle jest TWÓRCZOŚĆ, to w przyszłości może zacząć tej swojej twórczości skutecznie bronić.

Coraz doskonalsze technologie wykrywania naruszeń

Nie przywiązywałabym się też do wizji niskiej wykrywalności naruszeń prawa autorskiego w internecie. Bo tu owszem, możesz mieć wrażenie, że nic złego się nie dzieje, ludzie caaaały czas biorą coś bez pytania, nie ponoszą konsekwencji, i tak dalej… Ale to znów jest ten typ sytuacji, który może się dynamicznie zmienić.
Twój niszowy materiał opublikowany na mikrokoncie nagle stanie się wiralem? BUM, trafia do milionów osób i nagle drastycznie zwiększa się szansa, że wpadnie w oko osobie, która odkryje plagiat czy też (ekhem) zbyt daleko posuniętą „inspirację” i informacja o naruszeniu dotrze do kogo trzeba.
Albo akurat Twój post wycieknie z tajnej zamkniętej grupy, bo ktoś uzna go za wystarczająco dziwny, głupi czy zabawny, żeby zrobić screenshota i pokazać go gdzieś indziej.
Czasem wystarczy, że zaobserwuje Cię ta jedna osoba, która wiedzę czerpie również ze źródeł zagranicznych i pechowo obserwuje zarówno konto oryginalne, jak i to cichutko kopiujące nielegalnie tłumaczone treści. I sprawa się wyda. Bo informuję, gdyby to jeszcze nie było dla Ciebie oczywiste: tłumaczyć cudze utwory możesz sobie co najwyżej w domowym zaciszu, dla siebie i do szuflady. Żeby tłumaczenie utworu albo jego fragmentu gdzieś opublikować, choćby na swoim prywatnym profilu w social mediach, to już musisz mieć oficjalne pozwolenie na publikację utworu zależnego!

Przy okazji: jeśli myślisz, że jakieś wielkie wytwórnie muzyczne czy filmowe nie interesują się rynkiem jakiegoś niewielkiego europejskiego kraiku, to wiedz, że Polska jest akurat krajem całkiem cywilizowanym, respektujemy zagraniczne prawa autorskie i bez problemu firma z zagranicy może u nas dochodzić sprawiedliwości. A skoro jest taka prawna możliwość, to te wielkie wytwornie są z reguły na tyle bogate, że opłaca im się zatrudniać w Polsce ludzi dbających o ich interesy prawne, scrollujących internety i reagujących na naruszenia. Dla takiego Disneya naprawdę nie ma granic i wielu niszowych rękodzielników produkujących sobie pojedyncze sztuki wyrobów z bajkowymi motywami na rynek lokalny już się o tym boleśnie przekonało.

Poza tym dziś, przy obecnym poziomie technologii, naprawdę coraz łatwiejsze jest wykrywanie nielegalnych kopii utworów. Wyszukiwanie po obrazie łatwo i sprawnie pokaże, kto i gdzie korzysta z Twojej fotografii czy rysunku. Coraz bardziej zaawansowane algorytmy coraz szybciej przeszukują gigantyczne bazy danych i już teraz bez problemu wykazują nawet kilkusekundowe kawałki utworów muzycznych wzięte sobie bez pytania. Potrafią zablokować konto społecznościowe, bo na nagranym story widać w tle telewizor z chronionym filmem albo słychać w tle radio puszczające chronioną piosenkę. Wydawnictwa i osoby działające w selfpublishingu wynajmują ludzi do przeczesywania sieci w poszukiwaniu nielegalnych kopii ebooków. Dlatego naprawdę nie przywiązywałabym się do tej myśli, że nie trzeba się przejmować prawami autorskimi, bo kto to tam zauważy. Zauważą. Jeśli nie teraz, to w przyszłości. Ale będzie bolało równie mocno.

Zmiany stylu zarządzania własnością intelektualną

To może chociaż można zaufać podejściu firm do fandomu…?
Cóż… niekoniecznie.
Nawet jeżeli znajdziesz twórcę czy całą wytwórnię, której nielegalne wykorzystywanie ich twórczości nie przeszkadza, to tu też sprawy mogą nagle przybrać nieciekawy dla Ciebie obrót.

Z jednej strony uprawnionemu może się nagle „odwidzieć” i zacznie pozywać ludzi, którzy wykorzystują twórczość bez pytania. Wiadomo, inflacja, kryzys… Może spadek popularności, z powodu którego bardziej będzie się opłacało wzywać o odszkodowania z tytułu naruszeń zamiast sprzedawać bilety na koncerty czy wypuszczać nowe wydanie powieści? Może tak być. Twórca w każdym momencie może sobie zmienić zdanie co do sposobów zarządzania swoimi prawami autorskimi. Takie ma prawo.

Zmiana stylu takiego zarządzania własnością intelektualną (IP management) może też wynikać z tego, że zmieni się nie podejście osoby, a sama OSOBA ZARZĄDZAJĄCA. Jakkolwiek twórczość jest wieczna, non omnis moriar i pomniki trwalsze niż ze spiżu, to jednak sami twórcy czasami po prostu umierają… Ale prawa autorskie nie umierają razem z nimi – i od tego momentu są wykonywane przez ich spadkobierców. Którym może mniej zależeć na fanach i ich swobodnej kreatywnej ekspresji, czy też na szerokim rozpowszechnianiu idei zawartych w odziedziczonych utworach, a bardziej na zarabianiu.

Z tego między innymi powodu odradzałabym publiczne wyśpiewywanie o dziwności tego świata, a o Warszawie śnić wyłącznie poza social mediami, we własnym łóżku, na warunkach dozwolonego użytku prywatnego – bo spadkobiercy Czesława Niemena bardzo restrykcyjnie podchodzą do odziedziczonych praw autorskich i możliwości z nich skorzystania.

W branży pojawiają się wręcz plotki, że wielu organizatorów imprez wycofuje się z jakichkolwiek nawiązań do nazwiska i twórczości tego polskiego kompozytora i niezwykle utalentowanego wokalisty, bojąc się ewentualnych pozwów…

Zdarza się również, że prawa autorskie majątkowe – czyli te skupiające się na zarabianiu na utworze – po prostu zostaną komuś sprzedane. A nabywca może mieć zupełnie inne podejście do ochrony praw autorskich i twórczości fanowskiej.

I tak o ile taki George Lucas miał do twórczości fanowskiej stosunek bardzo liberalny, wręcz pozytywny, bo sam zachęcał do tworzenia fanartów, fanfików, a nawet fan editów jego filmów, a Lucasfilm nigdy nie pozwał nikogo za naruszanie praw do Gwiezdnych Wojen, o tyle wytwórnia ta została w 2012 roku przejęta przez Disneya, który – jak już wspominałam – słynie z regularnego i bezlitosnego wysyłania swoich cease and desist letters czyli wezwań do zaprzestania naruszeń w przypadku odkrycia jakichkolwiek nielegalnych działań związanych ze swoją własnością intelektualną. Póki co akurat o żadnych sprawach sądowych przeciwko fanom StarWarsów nie słyszałam, mimo że całe środowisko mocno się stresowało tym, jak to będzie pod nowymi rządami wyglądać. Najwyraźniej Disney postanowił uszanować wartości wyznawane przez Lucasfilm – czy trwale, czy tymczasowo? Tego nie wiemy. Ale to też pięknie pokazuje, że nawet ten sam podmiot uprawniony może całkiem inaczej zachowywać się w stosunku do różnych swoich utworów i od niego zależy, kiedy i jak zareaguje. Nigdy nie wiesz.

Wiadomo za to, że Disney znany jest ze swoich imperialistycznych zapędów i co jakiś czas wykupuje kolejne studia filmowe, razem z prawami do ich wcześniejszych produkcji. Warto więc uważnie śledzić tę ekspansję, żeby kolejny niespodziewany list od Disneya nie poleciał i do nas…

Mało szczęścia mieli fani Tolkiena. Samemu Tolkienowi ponoć niezbyt zależało na komercjalizowaniu własnej twórczości. W pewnym jednak momencie, chcąc zabezpieczyć byt swojej rodziny, ze względów podatkowych i finansowych ogólnie, sprzedał prawa do stworzenia filmu oraz sprzedaży filmowych gadżetów do „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”. W wyniku dalszych transakcji, prawa trafiły w pewnym momencie do przedsiębiorcy, który regularnie korzystał z nich właśnie po to, żeby zarabiać na naruszeniach prawa autorskiego. Boleśnie przekonało się o tym wielu fanów, którzy próbowali tworzyć tematyczne lokale, knajpki czy hotele w stylu Shire czy hobbiciej nory. Na świecie do tej pory regularnie znikają wszelkie przybytki, próbujące nazwą czy wyglądem nawiązywać do twórczości Tolkiena. Represje nie ominęły nawet Polski.

4: Tylko nie mów nikomu czyli załatwiamy to po cichu

Na koniec chciałabym wspomnieć o ostatniej grupie przyczyn, dla których możesz nie słyszeć na co dzień o efektach działania prawa autorskiego.

Sporo spraw załatwia się po prostu szybko, cicho i za porozumieniem stron.
Ktoś bez pytania zrepostował Twoje zdjęcie? Nie musisz od razu atakować armią agresywnych prawników, poruszać nieba i ziemi, i równać go z ziemią na wszystkich swoich kanałach. Wystarczy zastosować coś, co prawo opisuje jako „wezwanie do zaprzestania naruszeń”.
Czyli na przykład napisać na priv coś w stylu „ej, wiesz, to moje zdjęcie, możesz je usunąć?”.
Jeśli to Cię satysfakcjonuje, a problematyczny materiał zniknął w sieci, to sprawę bez problemu możecie na tym zakończyć i rozejść się w pokoju.

Materiały w mediach społecznościowe, zgłoszone jako naruszające prawa własności intelektualnej, też znikają sobie w ciszy i bez fanfarów. Znaczna część obserwujących pewnie nawet nie zauważy, że post, który zalajkowali dzień wcześniej, nagle zniknął. Instarelacje znikają tak często same z siebie, że też nikt nie zatęskni za brakującym story.
Wiesz przecież, że w social mediach czas płynie inaczej – kilkudniowy materiał to już staroć, którego nie ma sensu nawet komentować. Następnego dnia nikt już nie pamięta, co polubił, co skomentował i jakiego właściwie obrazka twórca użył w swoim poście.

Z tego samego zresztą powodu rzadko słyszymy o sprawach sądowych, wygranych po kilku długich latach. Czasem twórca pochwali się korzystnym wyrokiem, a czasem po prostu ma dość tego tematu i chce o nim jak najszybciej zapomnieć. Czasem naruszyciel opublikuje na swoim profilu oficjalne przeprosiny czy inny komunikat, do którego przymuszono go sądowo. Sam z siebie, jeśli nie musi, to się raczej przegraną sprawą nie pochwali.
A często tego typu sprawy przejdą po prostu bez echa, wzmacniając w nas przekonanie, że prawa autorskie w Internecie to chyba nie działają, bo „wszyscy naruszają”, a nikomu się z tego powodu nic złego nie dzieje.

Część spraw o naruszenie prawa autorskiego może się też skończyć po prostu ugodą, kiedy strony pozasądowo dochodzą do porozumienia. Elementem takiej ugody może być obowiązek zachowania sprawy w tajemnicy i jeśli obu stronom to pasuje, to tak właśnie się dzieje.

Czasem nie trzeba nawet celowo zachowywać tajemnicy, bo na zewnątrz wszystko zostaje dokładnie tak, jak było – naruszyciel o sprawie nie wspomina, bo trochę wstyd i źle to wygląda w oczach opinii publicznej, a uprawniony dostaje swoją brakującą opłatę licencyjną lub jej dwukrotność i łaskawie pozwala dalej korzystać z bezprawnie wykorzystanego utworu. Tak często działają serwisy stockowe – im przecież zależy na tym, żeby jak najwięcej ludzi korzystało z ich materiałów. Byleby tylko za to płacili. Często więc po prostu ustalają, kto nielegalnie wykorzystuje ich zdjęcia, grzecznie pytają o podstawę prawną takiego korzystania, a w razie niemożności jej wskazania, podają od razu numer konta do przelewu. I jeśli „hajs się zgadza”, to nie wymagają nawet kasowania żadnych treści. Wszyscy zadowoleni, nie ma problemu, polecamy się na przyszłość.. A reszta świata nic nie widziała i dalej myśli, że prawa autorskie w internecie nie działają.

Podsumowując

Tak to już jest z tymi prawami autorskimi w Internecie. Są, a jakoby ich nie było. Nie widać ich i nie słychać o nich, a jednak calutki czas sobie działają. Mogą trwać latami w stanie zawieszenia i kurzyć się gdzieś w kąciku, ale w każdej chwili jest szansa, że rzucą Ci się do gardła, gdy ktoś Cię nimi poszczuje.
Pamiętaj,

Mam nadzieję, że po tych wspólnych kilkudziesięciu minutach rozumiesz już, jak to wszystko tak naprawdę wygląda, jakie mechanizmy mogą stać za brakiem reakcji na naruszenia. Lub za brakiem WIDOCZNEJ reakcji, kiedy tak naprawdę prawa autorskie są egzekwowane, ale możesz tego po prostu nie być w stanie dostrzec.
Jeśli dalej nie wiesz, dlaczego w ogóle trzeba się prawem autorskim przejmować i ile kosztuje jego naruszanie, to zapraszam do odcinka 001. Za to transkrypcja dzisiejszego odcinka jest dostępna pod adresem prawowita.pl/002 – i tam też zapraszam do jego komentowania. A o czym pogadamy sobie następnym razem?
Może o licencjach? Może o tym, jak legalnie korzystać z serwisów stockowych? Skąd wziąć legalną muzykę do swojego podcastu? Jak sprytnie, legalnie i za darmo korzystać z cudzej twórczości nie przejmując się licencjami? Albo o tym, czy cały internet tak naprawdę jest nielegalny?
Jeszcze nie zdecydowałam, co to będzie, więc na razie temat odcinka numer 003 zachowam w tajemnicy. Przekonasz się już niebawem. Tymczasem zasubskrybuj mój podcast, żeby nie przegapić kolejnego odcinka. I do usłyszenia!

Karina Kunc-Urbańczyk

Doktor nauk prawnych. Specjalistka w dziedzinie praw autorskich. Dydaktyk z zamiłowania. Pasjonatka nowych technologii i social mediów. Kobieta, która bez przynudzania nauczy Cię, jak tworzyć w sieci legalnie i bez narażania się na problemy prawne. Podobał Ci się tekst? Nie chcesz przegapić innych ciekawych porad? A może wciąż masz pytania albo wątpliwości? Zajrzyj na fanpage PrawoWita i pisz śmiało!

Ta wiedza jest dla Ciebie

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *