Prawo wita na blogu!

#001 PrawoWita: Wylicz, ile będzie Cię kosztować naruszenie praw autorskich

sie 9, 2022 | Podstawy prawa autorskiego, Social media zgodne z prawem | 4 Komentarze

Transkrypcja podcastu #001 Prawowita: Wylicz, ile będzie Cię kosztować naruszenie praw autorskich – czyli o konsekwencjach nielegalnego kopiowania. Sprawdź wszystkie realne koszty bezprawnego działania w social mediach i samodzielnie podejmij decyzję, czy Ci się to opłaca!

Popełniłam ten błąd raz, na Instagramie – i obiecałam sobie, że drugi raz tego nie zrobię
Co takiego zrobiłam? Zaczęłam opowiadać o ciekawostkach i przydatnych wskazówkach z prawem autorskim związanych, a zupełnie pominęłam wyjaśnienie PO CO ktokolwiek miałby w ogóle te wskazówki i podpowiedzi wdrażać w życie! Czy w ogóle opłaca się ograniczać w swoich online’owych działaniach, czy warto się starać, działać ostrożnie, męczyć, poszukując najlepszej licencji na utwory… Zwłaszcza gdy tuż obok nasza konkurencja zupełnie się nie przejmuje, wykręcając jakieś kosmiczne zasięgi na ordynarnie kopiowanych memach i komiksach?
A wiadomo, że nic tak nie działa na wyobraźnię i motywację do działania zgodnego z przepisami, jak różnego rodzaju koszty, które trzeba byłoby w związku z tym ponieść. Przynajmniej tak wynika z moich wieloletnich obserwacji prawnika praktyka. To całkiem jak z ograniczeniami prędkości – niektórym wystarczy wiedza, że jest taki ustawowy zakaz, na innych podziała obrazowy opis tego, co dzieje się z wnętrznościami człowieka przy niedostatecznej drodze hamowania, ale zdecydowana większość kierowców zwolni dopiero po zobaczeniu fotoradaru i szybkim przeliczeniu w głowie obecnych stawek mandatów.
Dlatego dziś przedstawię Ci różnorodne konsekwencje łamania praw autorskich w świecie online.
Mam nadzieję, że po wysłuchaniu tego odcinka, będzie Ci łatwiej podjąć decyzję – czy opłaca się działać zgodnie z prawem autorskim w mediach społecznościowych i co niedobrego może Cię spotkać, jeśli jednak to prawo autorskie naruszysz i nielegalnie wykorzystasz cudzą szeroko pojętą twórczość – muzykę, słowa piosenki, fotografię, grafikę, rysunek, tekst, film, video i tak dalej…

To jest podcast PrawoWita, odcinek numer 001.
Ja nazywam się Karina Kunc-Urbańczyk i nauczę Cię, jak legalnie i bez narażania się na problemy prawne wykorzystać siłę mediów społecznościowych. W dodatku obiecuję, że zrobię to bez przynudzania i z pominięciem skomplikowanej terminologii. Myślisz, że to niemożliwe? To zaczynamy!

Po co Ci ta wiedza?

Standardowo prawnicy opisujący konsekwencje naruszania praw autorskich, jadą zgodnie z treścią art. 78 i 79 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zapominają niestety przy tym, że jeśli nie masz za sobą uniwersyteckiego kursu prawa własności intelektualnej, a przynajmniej podstaw prawoznawstwa, no to niespecjalnie wiele powiedzą Ci te wszystkie „obowiązki zaprzestania naruszeń”, „czynności potrzebne do usunięcia skutków”, „wystąpienia z powództwem”, odszkodowania i zadośćuczynienia (o prawnych różnicach między odszkodowaniem a zadośćuczynieniem nie wspominając).
Taki styl nadaje się na wykłady dla studentów prawa – i wtedy też nie waham się go użyć.
Ale nie taki mam plan na ten podcast. Tu ma być po polsku a nie po prawniczemu, bez łaciny, bez zbędnego dystansu w ogóle – dlatego mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że szybciutko skróciłam już dystans i przeszłam z Tobą na „ty”. Albowiem azaliż gdyż sensu stricto nota bene Proszę Państwa tak to sobie wymyśliłam. Ja tu jestem dla Ciebie, a nie Ty dla moich oratorskich pokazów. Na uskutecznianie oratorskich pokazów to mam akurat inne, stosowniejsze audytoria. Tu ma być praktycznie, żeby osoba działająca w social mediach wyniosła z tego coś dla siebie.
Dlatego dziś porozmawiamy tu sobie – a raczej ja Ci opowiem- dlaczego łamanie prawa autorskiego najzwyczajniej w świecie Ci się nie opłaci. I o jakich kosztach można w ogóle w takich sprawach mówić. Jeśli mimo wszystko, po wysłuchaniu mnie, zaryzykujesz nieostrożne podchodzenie do cudzych praw autorskich – w myśl często spotykanej zasady, że „inni też tak robią i nic się nie dzieje” (o której zresztą też niedługo chciałabym Ci więcej poopowiadać) i jeśli postanowisz, że lepiej mieć zasięgi niż spokój, to przynajmniej będziesz w stanie dobrze oszacować sobie koszty takiej decyzji. A to już też całkiem dużo.
I tym ten przydługawy wstęp kończąc – na który pozwoliłam sobie głównie dlatego, że jest to PIERWSZY, PREMIEROWY ODCINEK tego podcastu! – przejdźmy w końcu do kosztów łamania praw autorskich w Internecie.

Koszt numer 1: FINANSOWY

Tu wracamy do zadośćuczynień i odszkodowań, i tego, czy musisz rozumieć, czym się różnią. Nie musisz, ale myślę, że to przydatna wiedza. Zwłaszcza, że załatwimy to szybciutko.

Kolejne akapity Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Odszkodowanie za użycie czyjegoś utworu albo jego fragmentu bez pytania – a przypomnę krótko, że utwór to nie tylko dzieło sztuki, poczytna powieść, kinowa nowość czy drogi program komputerowy. Utworem jest właściwie wszystko, co widzisz w internecie, a co stworzył człowiek, wychodząc poza totalny szablon – jeżeli dodał od siebie coś twórczego, czy to fotografia, czy grafika, krótkie video, tekst, nawet taki tekst nieartystyczny, jak treść oferty czy regulaminu też mogą być utworami chronionymi prawem. Jeśli użyjesz go, łamiąc prawa autorskie, płacisz odszkodowanie, które wynosi tyle, ile kosztowałoby jego legalne kupienie od autora.

Razy dwa. Bo w końcu musi być jakaś niedogodność za to, że się nie zapytało o zgodę albo nie dopełniło warunków licencyjnych.

Jeśli znasz ceny, bo zdarzyło Ci się kupować efekty sesji zdjęciowych, płacić za usługi grafika albo wnosić opłaty licencyjne, na przykład w jakimś serwisie stockowym, to jesteś sobie w tym momencie w stanie bez problemu wyobrazić, mniej więcej, wysokość takich odszkodowań.

Jeśli właściciel takiego naruszonego prawa nigdy jeszcze nie sprzedawał swoich utworów, to bierze się pod uwagę standardowe wynagrodzenia w sprawach o porównywalnych warunkach My, prawnicy, nazywamy to „stosownym wynagrodzeniem”. A jeśli dany twórca ma już jakieś rynkowe doświadczenia, to często po prostu przedstawia w sądzie swoje faktury na podobne dzieła czy usługi, sąd je sobie mnoży i tak ustala się kwotę należnego odszkodowania.

Widełki takich spraw kształtują się od kilkuset złotych za jakieś proste rysunki do kilkuSET TYSIĘCY nowych polskich złotych, jak miało miejsce w przypadku bezprawnego użycia refrenu znanej piosenki w telewizyjnej reklamie lubianej polskiej spółki słynącej z punktualności. Ale o wsiadaniu do odpowiednich pociągów pewnie jeszcze kiedyś tu poopowiadam, więc nie uprzedzajmy faktów. Ważne, że owego znanego refrenu nawet tam nie zanucono, kwota 100 tysięcy złotych dotyczyła wyłącznie jednego zdania czystego tekstu, w dodatku nawet nie idealnie skopiowanego, bo różniły się niektóre słowa i formy gramatyczne.

Za wrzucenie czyjegoś zdjęcia na stronę zasądzano już i 1000 zł, i dwa i pól tysiąca… A ja tu przecież mówię o starych sprawach, rozpatrywanych w zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej, gdzie wartość rynkowa podobnej twórczości też była całkiem inna i inny był popyt na takie usługi.

Wykorzystanie bez zgody, scen z filmu w swoim teledysku kosztowało jakieś 10 lat temu aż 10 tysięcy złotych. Czy można taką miarę przykładać do współczesnych filmików wrzucanych na youtube’a? Trudno powiedzieć, ale wydaje mi się, że nie opłaca się tego sprawdzać na sobie.

CIEKAWOSTKA: Kiedyś w ogóle była jeszcze opcja mnożenia razy trzy, ale w pewnym momencie, Trybunał Konstytucyjny stwierdził, ze trzykrotność to jednak pewna przesada, i to wtedy zaczyna już bardziej przypominać karanie i mszczenie się niż zwykłe pokrywanie wyrządzonej szkody. To było jeszcze w 2015 roku, kiedy orzeczenia tego organu dla wszystkich prawników były rzeczą świętą, więc do tej pory się tego trzymamy, mimo że do teraz ta trzykrotność straszy w ustawie, bo nikt tego jeszcze nie usunął.

Dla zainteresowanych orzeczeniem: był to wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 23 czerwca 2015 roku wydany w sprawie o sygnaturze akt SK 32/14. Z jego treścią można zapoznać się POD TYM LINKIEM.

Koszt numer 2: ZADOŚĆUCZYNIENIE

Ale odszkodowanie to jest tylko część problemów finansowych, jakich nabawisz się, naruszając cudze prawa autorskie! Bo w grę wchodzi jeszcze ZADOŚĆUCZYNIENIE. To też kwota pieniężna, jaką trzeba zapłacić za naruszenie praw autorskich, ale nie ma takiego powiązania z wynagrodzeniem za korzystanie z utworu, jak to było w przypadku odszkodowania. To raczej takie pieniądze „na otarcie łez”.

Jak to się wycenia? To jest trudne zagadnienie, to się robi tak trochę „na czuja”, bo zadośćuczynieniem wyceniamy KRZYWDĘ, jaką czynisz komuś, jego prawa autorskie naruszając. Bo musisz wiedzieć, że nasz system prawnoautorski zakłada istnienie pewnej więzi między autorem a jego twórczością, takiego mistycznego połączenia. To nie jest relacja „producent-produkt”, a raczej coś w stylu „rodzic-dziecko” (jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało). Więc krzywdząc utwór, na przykład przerabiając go w jakiś niefajny sposób, albo wyrywając jakiś fragment z kontekstu, albo przerywając tę więź między utworem a twórcą, poprzez np. niepodpisanie autora (ale też i przez podpisanie, gdy autor wolał występować anonimowo), krzywdzisz twórcę. I sąd może wycenić ten jego smutek i przyznać mu określoną sumkę na otarcie łez.

Tu trudno mówić o jakichś widełkach, w sądach można dostać z tego tytułu czasem nawet kilka tysięcy złotych. To zawsze jest mocno uznaniowe, znam na przykład sprawę, gdzie człowiek w I instancji dostał za to aż 50 tysięcy złotych, a sąd II instancji zmniejszył tę kwotę do 4000, uznając, że najwyraźniej no bez przesady, twardym trzeba być, nie „miętkim” i nie ma się co mazgaić...

Czasem zamiast zadośćuczynienia dla autora, płaci się na wskazany przez niego cel społeczny. To tak ładniej PR-owo brzmi, no bo twórca na tym wtedy nie zarabia, a jego krzywda – a Twoje krzywdzące działanie – wspiera jeszcze jakieś tam wyższe idee. Aczkolwiek skutek finansowy dla naruszyciela jest ten sam – odpływ gotówki z portfela. I z tym skutkiem trzeba się przy naruszaniu praw autorskich liczyć.

Koszt numer 3: Koszty procesowe

Koniec kosztów finansowych? No ależ oczywiście, że nie. Tu są jeszcze koszty, o których ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych akurat nie mówi, ale z którymi musisz się liczyć, tocząc spór prawny w naszym kraju.

Po pierwsze – koszty obsługi prawnej. Uwierz, naprawdę ciężko jest bronić się w takich sprawach samodzielnie. A prawnicy, zwłaszcza dobrzy prawnicy orientujący się w prawach autorskich, też kosztują.

Dodatkowo, jeżeli spór faktycznie skończy się w sądzie i przegrasz, to do odszkodowania i zadośćuczynienia doliczysz sobie także koszty sądowe przeciwnika. Taką mamy zasadę w sprawach sądowych, że przegrana strona płaci zarówno tzw. koszty obsługi prawnej przeciwnika, jak i na przykład koszty powołanego w sprawie biegłego. To akurat taki koszt naruszenia prawa autorskiego, który można próbować „ściąć”, dogadując się w miarę sprawnie jeszcze na etapie przedsądowym. Ale znów, nie z każdym i nie w każdej sprawie da się szybko dogadać – więc i o tych kosztach lojalnie uprzedzam.

4: Koszty zmarnowanej pracy

Kolejna konsekwencja – poza tym, że zapłacisz za swoje bezprawne działania, musisz się też liczyć z koniecznością ZAPRZESTANIA tych działań. Więc to też nie jest tak, że zapłacisz sobie tę podwójną kwotę i możesz działać dalej, bo ominęły Cię po prostu negocjacje z twórcą i podpisywanie tych wszystkich umów, ale ostatecznie pieniądze przeszły z ręki do ręki, działamy dalej. No nie.

Płacisz i kończysz. W dodatku najczęściej musisz jeszcze USUNĄĆ SKUTKI NARUSZENIA: więc kasujesz materiał, usuwasz cyfrowe ślady jego istnienia, wycofujesz nakład łamiącego prawo produktu, likwidujesz rzeczy z naruszeniem powiązane i tak dalej. Czyli pojawia się tu ten koszt zmarnowanej pracy, czy to pracy własnej, czy opłaconych działań wykonawców. Strata całego tego wysiłku włożonego w stworzenie czegoś z naruszeniem cudzych praw autorskich.

Tu przestrzegam przed takimi „sprytnymi” strategiami, zakładającymi, że zanim ktoś się zorientuje, że wykorzystuję jego utwór bez pytania, zanim znajdzie prawnika, napisze ten pozew… wyśle go… Potem jeszcze te kilka lat procesu sądowego, bo wiadomo, że w Polsce sprawiedliwość raczej nierychliwa… No to będę mieć w zapasie kilka lat darmowego korzystania z utworu – biznes życia!. Może Ci się wydawać, że w takim czasie to akurat nakład się sprzeda, ludzie polajkują już to, co trzeba, pozycja eksperta czy marka osobista zostanie zbudowana, i będzie okej, a potem się faktycznie zapłaci dwukrotność wymaganego wynagrodzenia i z głowy.

TO TAK NIE DZIAŁA.

Oddaj to, co udało Ci się zyskać!

Po pierwsze – mamy jeszcze w prawie autorskim taki instrument jak „obowiązek wydania uzyskanych korzyści” – więc to, co zarobisz przed uzyskaniem prawomocnego wyroku sądowego, i tak będzie trzeba zwrócić właścicielowi utworu.

Wstrzymaj się z tym biznesem!

A po drugie – ten skutek w postaci utraty materiału, który narusza prawa autorskie, pojawia się często jeszcze przed końcem procesu sądowego. Raz że zwykle w takich sprawach wnosi się o tzw. zabezpieczenie powództwa – to wiąże się z tym, że zanim sąd ustali, czy naruszenie prawa miało miejsce, czy nie miało miejsce, no to „zamrażamy” sytuację. Np. zabraniamy sprzedawania budzącego wątpliwości produktu, promowania książki, wyświetlania filmu itd. Usuwamy taki materiał z przestrzeni publicznej, żeby nie ryzykować właśnie tego, że po kilku latach się okaże, że działanie było faktycznie bezprawne, ale tysiące ludzi już kupiło tę książkę czy film. Czyli, że niby autor wygra, ale to będzie wyłącznie takie „moralne zwycięstwo”, bo mleko już się rozlało…

5: Koszty „socialmedialne”

Podobnie działają media społecznościowe, przy czym one po prostu wątpliwe materiały kasują bez litości. Zgłoszenie naruszenia własności intelektualnej, bo na jednym slajdzie twojej dziesięcioobrazkowej instakaruzeli jest jakiś nielegalny obrazek bez licencji? Leci całość. Czyli znów wracamy do kosztów pracy, czy to czasu poświęconego na stworzenie takiego materiału, czy żywej gotówki wydanej na przykład na wirtualne wsparcie.

Naruszenia się powtarzają? Wszystkie regulaminy serwisów społecznościowych, czy to instagram, czy facebook, youtube, twitter czy nawet tiktok, przewidują, że uporczywe naruszanie praw autorskich na swoim profilu skończy się zawieszeniem konta, jego usunięciem, a czasem nawet zakazem zakładania kolejnych kont w takim serwisie.

Dotyczy to także kont w serwisach stockowych lub popularnych narzędziach tworzenia contentu – na przykład znanej i lubianej Canvy, która m.in. taki skutek przewiduje za łamanie jej regulaminu.

Dlatego do kosztów naruszania prawa autorskiego w internecie dodaj utratę masowych kanałów przekazywania swoich treści i całego zaufania społecznego budowanego wokół Twoich sociali.

 

Szósty koszt: wizerunkowy!

A jak już mówimy o zaufaniu społecznym – kolejny kosztowny skutek!

Obowiązek publicznego przeproszenia! Technicznie rzecz ujmując, jest to także sposób „usunięcia skutków naruszeń” – ma na celu poinformowanie odbiorców o tym, co zaszło. Możesz się liczyć z obowiązkiem opublikowania stosownego oświadczenia w swoich mediach społecznościowych, a nawet ogłoszenia tego w prasie! A zgodzimy się chyba, że nie po to człowiek tworzy w sieci, żeby potem pisać o sobie niemiłe rzeczy… W dodatku akurat takie rzeczy jakoś tak zostają odbiorcom w pamięci. Może się więc okazać, że skończysz z mało korzystną wizerunkowo łatką „złodzieja” i plagiatora.

Koszt zdrowotny czyli szkoda nerwów…

Do kosztów naruszania praw autorskich dorzuciłabym jeszcze koszty zdrowotne. Bo takie sprawy naprawdę bywają mocno stresujące. Już od samego czytania tych groźnie brzmiących „ostatecznych przedsądowych wezwań do zaprzestania naruszeń” może się człowiek spocić. Dorzuć do tego jeszcze rozmowy z mniej miłymi ode mnie prawnikami i długie miesiące sądowych batalii… Zapewniam Cię, to mało radosna perspektywa.

Ryzyko utraty wolności plus koszty rodzinne i towarzyskie

No i na sam koniec, z zawodowej rzetelności muszę dodać jeszcze konsekwencje prawnokarne, czyli wszystko, co związane z kontaktami z policją, prokuraturą i ewentualnym wyrokiem skazującym. Tak, mamy w polskim systemie prawnym przepisy, które za naruszenie praw autorskich mogą doprowadzić nawet do pozbawienia wolności. Jakie to mogą być koszty dla reputacji i szeroko pojętego życia rodzinnego i towarzyskiego, chyba nie muszę tłumaczyć.

Fakt, że takie sprawy zdarzają się raczej rzadko… I takie typowe, często spotykane naruszenia prawa autorskiego w mediach społecznościowych prawdopodobnie się tak nie skończą. Ale żeby nie było, że nie uprzedzałam.

Jakie jest prawdopodobieństwo naliczenia ich wszystkich?

Brzmi to wszystko mocno spektakularnie i pewnie zastanawiasz się teraz, czy te koszty aby na pewno wystarczą zawsze…?
Otóż, szczerze mówię – nie muszą!
Niektórym twórcom wystarczy, że na przykład podpisze się ich pod wziętą bez pytania treścią. Innym wystarczy, że bezprawny materiał zniknie z sieci. Doprowadzają do jego usunięcia, oddychają z ulgą i na tym kończą. Ale to tylko przejaw ich dobrej woli, a nie każdy jest tak łaskawy, zwłaszcza że, jak widać, kolekcję instrumentów prawnych ustawa daje im imponującą.
I tak niektórzy traktują sprawę ideologicznie, pragną ukarania winnych, dania nauczki „złodziejom” i za punkt honoru biorą sobie „uczynienie świata lepszym miejscem” czy tam inne „wyrwanie chwasta”. Nie spoczną, dopóki nie doprowadzą Cię przed sąd. Inni ze ścigania naruszeń własnych praw autorskich czynią wręcz podstawowe źródło dochodu i zarabiają nie tyle na opłatach licencyjnych, co właśnie głównie na wygranych procesach sądowych.
To jak z pudełkiem czekoladek Forresta Gumpa – nigdy nie wiesz, na co trafisz.

„Inni tak robią i nic im się złego nie dzieje…”

Być może masz teraz wrażenie, że więcej jest chyba tych twórców, którym w ogóle nie przeszkadza używanie ich twórczości. Te wszystkie memy, krążące nieustannie po sieci, często wykorzystujące kadry ze znanych seriali, amatorska twórczość fanowska, fanfiki i fanarty, różne fanpage’e czy popularne konta społecznościowe masowo przeklejające śmieszne treści z internetu do siebie… Ludzie wykorzystujący obrazki pobrane bezpośrednio z wyszukiwarki obrazów… Dziki świat – przynajmniej dla prawnika od praw autorskich.

Łatwo wtedy wyjechać z argumentem, że inni jakoś naruszają prawa autorskie i nic im się przecież nie dzieje”. To prawda, tak też bywa. Ale wcale tak być nie musi, bo prawo, jak starałam się pokazać w tym odcinku, stoi po stronie twórców i właścicieli praw autorskich. Oni czasem z tych swoich praw po prostu nie korzystają – z naprawdę różnych powodów. Często związanych na przykład ze specyfiką mediów społecznościowych. Ważne, żeby znać te powody i uświadomić sobie, że nawet jeśli nie korzystają ze swoich praw teraz, to to się może w przyszłości zmienić. O kilku takich ciekawych przypadkach też mogłabym Ci opowiedzieć.

Ale to już chyba całkiem nowy temat, który warto byłoby dokładniej omówić, właśnie z przykładami z szeroko pojętej popkultury. Tak, nie ma sensu omawiać tego w tym momencie, ten odcinek i tak już trwa dość długo, a wszyscy zawsze straszyli mnie, że podcast o prawie za długo trwać nie może, bo wszystkich zmęczy i zanudzi.

W sumie… to chętnie się dowiem od Ciebie, czy taka długość odcinka to za długo, za krótko, czy akurat w sam raz. To pozwoli mi mój prawowity podcast ulepszyć i lepiej dostosować do Twoich oczekiwań. Wpadnij na stronę www.prawowita.pl/001 – bo taki jest numer dzisiejszego odcinka, i w komentarzach pod transkrypcją (czyli właśnie pod tym tekstem, który właśnie czytasz) zostaw mi swoje uwagi.

W końcu to podcast dla Ciebie. Twoja opinia wiele dla mnie znaczy.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać Cię, że nie opłaca się naruszać praw autorskich w internecie. Za to opłaca się zasubskrybować mój podcast i regularnie śledzić moje treści – żeby dowiedzieć się, co jest nielegalne, czego nie robić, co można zrobić na własne ryzyko i jak tych wszystkich niemiłych KOSZTOWNYCH konsekwencji uniknąć.

A tymczasem jeśli ciekawi Cię, czemu „inni tak robią i nic się nie dzieje”, to zapraszam do kolejnego odcinka o numerze 002.
Do usłyszenia.

Karina Kunc-Urbańczyk

Doktor nauk prawnych. Specjalistka w dziedzinie praw autorskich. Dydaktyk z zamiłowania. Pasjonatka nowych technologii i social mediów. Kobieta, która bez przynudzania nauczy Cię, jak tworzyć w sieci legalnie i bez narażania się na problemy prawne. Podobał Ci się tekst? Nie chcesz przegapić innych ciekawych porad? A może wciąż masz pytania albo wątpliwości? Zajrzyj na fanpage PrawoWita i pisz śmiało!

Ta wiedza jest dla Ciebie

4 komentarze

  1. Julia

    Karino!
    Jestem zachwycona. Podcast nie męczy, nie zanudza, a nawet mógłby być dłuższy.
    Opowiadasz o tych wszystkich skomplikowanych zagadnieniach prawnych jakbyś czytała bajkę dla dzieci z podziałem na role – rewelacja.
    Już nie mogę doczekać się kolejnych odcinków.

    • Karina

      Bardzo miło mi to czytać! Aż się chce siadać do kolejnego odcinka! <3 Co do długości - powiem szczerze, wydawało mi się, że już tyyyyle gadam, a wyszło niecałe pół godzinki, czyli faktycznie według mnie taka optymalna długość. Cieszę się, że nie tylko ja tak myślę 😉

  2. Emilia

    Mega mi się podobało. Nie jest za długo, fajnie też, że zwróciłaś uwagę na takie nieoczywiste aspekty 🤩 Czekam na kolejne odcinki. Jak bym się chciała mega przyczepić, to czasem pauzy mi wydawały się długie. Ale to czepialstwo 😉

    • Karina

      Bardzo dziękuję za uwagi! A szczerze mówiąc, to mnie czasem też pauzy wydawały się zbyt długie xD